Lifestyle

Polecam do listy noworocznych kawałków dodać „My Way” Franka Sinatry

Mam wrażenie, że Polska wyrosła na martyrologii, że ten cały romantyzm i cierpiętnictwo ciągną się za nami przez wieki. Trudno nie oprzeć się stwierdzeniu, że w Polsce wszyscy powinniśmy być Chrystusami. W końcu „każdy ma swój krzyż”, „ciągnij swój krzyż a będziesz…” Będziesz jaki? Przecież nie szczęśliwy. Nie chcę bezpośrednio uderzać w religię katolicką. Raczej w tą całą naszą rodzimą tradycję cierpienia. Dopiero niedawno dotarło do mnie jak bardzo jest to sprzeczne z psychoterapią, w którą tak bardzo wierzę.

W końcu żeby być szczęśliwym, trzeba być lekkim, a żeby być lekkim trzeba odrzucić bagaż cierpień. Dlaczego to piszę?

Chcę zwrócić jedynie Waszą uwagę jak bardzo warunki socjodemograficzne wpływają na nasze życie. Niby wszyscy jesteśmy tacy samodzielni, większość moich znajomych to „prawie lekarze” a jednak… czuję, że większość z nas boi się krytyki rodziców? Społeczności, z której się wywodzi?

Zazwyczaj, na imprezach, small talkach, a już szczególnie na forach internetowych, jesteśmy tacy odważni, tacy mocni w słowach, niezależni… A jacy jesteśmy w środku? Czy wciąż nie jesteśmy chorągiewką targaną przez wiatr socjologiczny? Czy wciąż nie boimy się co o nas powiedzą ludzie, którzy albo bezwarunkowo powinni nas kochać (rodzice) albo Ci, którzy nic dla nas nie znaczą (całe to „SPOŁECZEŃSTWO). Pytanie tylko DLACZEGO? Pytanie tylko PO CO?

Piszę „my” bo i ja znam swoje słabości i swoje grzeszki- chciałabym być jednak trochę inną osobą.

Inną w sensie, niespełniającą oczekiwań społeczeństwa, tylko swoich. Zawsze. Walczę o to, walczę o siebie, ale często, niestety zrezygnuję z siebie po to, by wieść życie pozbawione czyichś negatywnych ocen.

Te oceny, z kolei, biorą się ze starych przyzwyczajeń, wzorców.

Przyjrzyjmy się tym „wzorcom”, w końcu te dobre rady wokół mają nas zaprowadzić do szczęśliwego życia, a jak jest w istocie? Przyjrzyj się tym, od których dostajesz te wspaniałe rady. Czy są szczęśliwi? Czy są pogodni, pogodzeni ze światem? Czy mają życzliwe nastawienie do otoczenia, co dla mnie, jednoznacznie jest twierdzącą odpowiedzią na to, czy ktoś radzi sobie ze sobą…

Piszę to, bo zbliża się Nowy Rok, od postanowień noworocznych aż huczy, ale ty, proszę, i ja razem z Tobą, obiecajmy sobie coś dla siebie, nie dla innych. Obiecajmy sobie, że będziemy mieli na tyle siły żeby żyć po swojemu, na tyle siły żeby nie korzystać z czyichś, często błędnych wzorców (nazwałabym ich nawet toksycznymi, lub zatrutymi). Obiecajmy sobie, że będziemy na tyle mądrzy żeby zatrzymać się wśród tłumu i zapytać siebie o autentyczność swoich czynów- czy aby na pewno, to co robimy nie jest ukłonem dla społeczeństwa, a krokiem w tył od naszego „ja”.

Ach, coś jeszcze chciałam zawrzeć w tym poście. Coś zupełnie nie modnego, nie en vogue jak na te instagramowe czasy- zachęcam wszystkich, ale to wszystkich, którzy czują, że chcieliby- aby udali się na wizytę do psychologa. Nie mogę obiecać, że po tej jednej wizycie zmieni się Wasz świat.

Nie mogę Wam powiedzieć, że traficie za pierwszym razem na super specjalistę, ale warto zadbać też w taki sposób o siebie. Nie tylko na siłowni, nie tylko, w kuchni („brzuch robi się w kuchni” wiadomo!), nie tylko w kinie, na kawie z koleżanką, na piwie z kolegą. Jedno co mogę powiedzieć, to, że nie jest to powód do wstydu, a często droga do poprawy jakości życia. Warto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *